Historie

W próżni systemowej

To jest ta część, o której rzadko się mówi: że organizacje takie jak Zupa często działają w próżni systemowej, w której każda decyzja jest obarczona lękiem, że jeśli nie zrobimy czegoś my , to nie zrobi tego nikt. Są takie historie, które pokazują nam coś bardzo niewygodnego: że w Polsce człowiek uzależniony może umrzeć w mieszkaniu, bo nie ma dokąd zadzwonić po realną pomoc.

To nie jest kolejna interwencja

To nie jest kolejna „interwencja”. To jest pełne towarzyszenie człowiekowi w najtrudniejszym momencie jego życia. To jest bycie obok, kiedy on się rozpada i kiedy zaczyna się składać. To jest uważność, która ratuje. To jest sens istnienia Zupy w najczystszej formie.
Pan T. przyszedł. I to zmieniło wszystko.
W ostatnią sobotę na odzież zapisywał się pan T. Po zapisach nie odszedł - krążył, wracał, jakby czegoś szukał. W pewnym momencie zapytałam, czy możemy jeszcze w czymś pomóc. Odpowiedział tylko: „Potrzebuję pomocy. Jest ze mną coraz gorzej.”

Od pierwszego garnka na naszej domowej kuchni

Jestem z „Zupą” od samego początku. Od pierwszego garnka na naszej domowej kuchni, od pierwszej rozmowy, od pierwszego człowieka, który spojrzał na mnie tak, jakby nie wierzył, że ktoś naprawdę chce mu pomóc. Przez te lata popełniałem błędy; sam i razem z innymi wolontariuszami. Miałem wzloty, po których czułem, że świat naprawdę można zmieniać i upadki, po których zastanawiałem się, czy to wszystko ma sens. Byłem targany emocjami, poświęcałem czas, pieniądze, energię. Czasem mądrze, czasem kompletnie na oślep. Bo pomaganie w tej grupie ludzi nie jest łatwe.

Historia, która łamie serce i składa je z powrotem.

Znaliśmy Pana D. dwa lata. Dwa lata spotkań na dworcu, krótkich rozmów, trudnych momentów, prób dotarcia do niego wtedy, kiedy był w stanie słuchać. Widzieliśmy go w różnych sytuacjach, w różnych stanach. Zawsze podchodziliśmy. Zawsze pytaliśmy, co u niego. Zawsze wierzyliśmy, że może przyjść dzień, w którym coś się zmieni. Przez ten czas korzystał z naszych posiłków, odbierał odzież, korzystał z pomocy medycznej. Towarzyszyliśmy mu, jak potrafiliśmy - czasem słowem, czasem obecnością, czasem tylko tym, że byliśmy obok. Bo w kryzysie bezdomności każdy kolejny przeżyty dzień to szansa.

Każdy streetworking to spotkanie z czyjąś historią

Każdy streetworking to spotkanie z czyjąś historią. Nie z „bezdomnością” jako pojęciem, ale z konkretnym człowiekiem — z jego latami, ranami, wyborami i marzeniami, nawet jeśli dziś wyglądają inaczej niż kiedyś. Dzięki wsparciu Miasta Poznania odwiedzamy miejsca, które dla wielu są niewidzialne, a dla nas są przestrzeniami, w których toczy się czyjeś życie. W poniedziałek spotkaliśmy trzy osoby, o których wciąż myślimy.

Są momenty kiedy trzeba zaufać intuicji

Czasami życie stawia nas w miejscach, w których nie ma prostych odpowiedzi. Z jednej strony stoi człowiek w kryzysie, z jego lękiem, zmęczeniem i nadzieją, że ktoś wreszcie wyciągnie do niego rękę. Z drugiej - odpowiedzialność za to, by nasze działania były stabilne, mądre i długofalowe. To balansowanie między sercem a rozsądkiem bywa jak chodzenie po linie. Myślenie o stowarzyszeniu jak o firmie, w której wszystko musi się zgadzać między „winien” a „ma”, sprawia, że czasem odkładamy decyzje, żeby dać sobie chwilę na oddech i spokojną refleksję.

Alkoholizm to straszna choroba

Alkoholizm to straszna choroba, która odbiera wszelkie uczucia, powoduje niezrozumienie społeczne wśród tych, którzy jej nie doświadczają. Z punktu widzenia osób nieuzależnionych wystarczy przestać sięgać po używki i wszystko w magiczny sposób się poukłada. Od kilku lat pomagamy takim osobom, ale nie jesteśmy terapeutami i nie chcemy otwierać ran, które powodują, że osoby w uzależnieniu tylko w taki sposób potrafią się znieczulić.

Trzej królowie

W ostatni wtorek roku przyszli we trzech. Trochę spóźnieni, stanęli przepraszająco w progu, nie wiedząc czy mogą dalej wejść. Jednego z nich znamy od wielu lat. Trzy razy na krótko zamieszkiwał w naszym zupowym mieszkaniu. Potem wyciągali go koledzy i uzależnienie. Najmłodszy z nich ma 29 lat i jest 7 miesięcy w kryzysie. Najstarszy jest w bezdomności od 15 lat. Trzymali się razem krążąc po mieście i śpiąc gdzie się da.

Poznać smak wykluczenia

W środku nocy Zuzanna Dunne (nie znamy osobiście się ani nie jest zaangażowana w nasze działania - tyko w taki sposób, na odległość może nam pomóc) nie mogła spać, podobnie jak ja po tych wszystkich wydarzeniach. Ja od dzisiaj się ogarniam. Nie dobrze mi w smutku. Zuza postanowiła zadziałać na tyle ile może i założyła skarbonkę do której możecie wpłacać datki, żeby nam pomóc. Dziękujemy za tą oddolną inicjatywę i liczymy, że dzięki Waszemu wsparciu, mimo wszystko, zgotujemy wiele dobra.

Zrobiło mi się tak błogo, że usnąłem

„Zrobiło mi się tak błogo, że usnąłem” - to słowa jednego z dwóch osób, które wczoraj dostały klucze do naszego zupowego mieszkania. Słowa padły po tym jak wróciłam z drugim mieszkańcem po załatwieniu jeszcze paru spraw. Obu Panów znamy od samego początku. W bezdomności pełnoletni czyli 18 lat. Jeden z nich nigdy nie skorzystał z żadnej pomocy instytucjonalnej, nie był nigdy w żadnym schronisku, noclegowni ani w ogrzewani, która działa w okresie zimowym. Zawsze były to pustostany i ławki w parku. Często go spotykaliśmy w terenie, prawie zawsze.

Strony