Każdy streetworking to spotkanie z czyjąś historią
Każdy streetworking to spotkanie z czyjąś historią. Nie z „bezdomnością” jako pojęciem, ale z konkretnym człowiekiem — z jego latami, ranami, wyborami i marzeniami, nawet jeśli dziś wyglądają inaczej niż kiedyś. Dzięki wsparciu Miasta Poznania odwiedzamy miejsca, które dla wielu są niewidzialne, a dla nas są przestrzeniami, w których toczy się czyjeś życie. W poniedziałek spotkaliśmy trzy osoby, o których wciąż myślimy.
Pierwszy był mężczyzna mieszkający w namiocie. Jego schronienie to kilka warstw materiału, ognisko, nad którym topi się śnieg, żeby zrobić herbatę. Zawsze spokojny, uprzejmy, jakby pogodzony z losem. Od lat żyje w świecie, który sam sobie stworzył — nie dlatego, że jest mu tam dobrze, ale dlatego, że inaczej nie potrafi. Mówi: „Ja? Nic nie potrzebuję.” A my widzimy, że potrzebuje leczenia, bezpieczeństwa, ciepła. Jego „nie” jest murem, którego nie da się przeskoczyć siłą. Wracamy więc regularnie, bo może kiedyś ten mur pęknie choć w jednym miejscu.
Drugi był pan z bunkra. Ma 70 lat i od 15 lat mieszka w miejscu, które nigdy nie powinno być czyimś domem. Rok temu zmarła tam jego partnerka — cicho, bez świadków. On wciąż mówi o rodzinie, o synu, o wypadku, który odmienił jego życie. Jakby trzymał się tych wspomnień, żeby nie zniknąć. Kiedyś przyszedł do nas po pomoc i udało się uzyskać świadczenie stałe. Dziś mówi: „Poznaję was. Pewnie, że poznaję.” Nie chce zmiany. Nie jest gotowy. Więc jesteśmy — bo czasem jedyną formą wsparcia jest to, że ktoś przyjdzie, zapuka i zapyta, czy wszystko w porządku.
Trzecie spotkanie to małżeństwo z pustostanu. Są razem od lat i w zimnym, ciemnym miejscu stworzyli coś, co przypomina dom. Przez wiele lat pani była niewidoma — zaćma odebrała jej świat. Dwa lata temu zorganizowaliśmy wizytę, zabieg, krople. Jedno oko odzyskało wzrok, drugie — dzięki ich determinacji i wsparciu męża — również. Dziś pani widzi, pracuje w Centrum Integracji Społecznej, zarabia, uśmiecha się. Kiedy wchodzimy, słyszymy: „O, nasi idą.” W tym jednym zdaniu mieści się zaufanie, bliskość, wdzięczność i relacja.
To są ludzie. Nie statystyki. Nie „przypadki”. Ludzie, którzy żyją w miejscach, w których nikt nie powinien mieszkać, ale którzy wciąż mają w sobie godność, pamięć, humor, czułość i upór. Streetworking to nie spektakularne akcje. To powolne, ciche towarzyszenie. To bycie obok, kiedy ktoś nie jest gotowy na zmianę. To radość z małych zwycięstw, jak odzyskany wzrok. I smutek, kiedy widzimy, jak ktoś gaśnie, choć mówi, że „ma wszystko”.
Dziękujemy Miastu Poznań za wsparcie. Dziękujemy naszym streetworkerom za serce, które niosą w teren. A przede wszystkim dziękujemy ludziom, których spotykamy — za to, że pozwalają nam wejść do swojego świata, choćby na chwilę.
Wiola
