Od pierwszego garnka na naszej domowej kuchni

Jestem z „Zupą” od samego początku. Od pierwszego garnka na naszej domowej kuchni, od pierwszej rozmowy, od pierwszego człowieka, który spojrzał na mnie tak, jakby nie wierzył, że ktoś naprawdę chce mu pomóc. Przez te lata popełniałem błędy; sam i razem z innymi wolontariuszami. Miałem wzloty, po których czułem, że świat naprawdę można zmieniać i upadki, po których zastanawiałem się, czy to wszystko ma sens. Byłem targany emocjami, poświęcałem czas, pieniądze, energię. Czasem mądrze, czasem kompletnie na oślep. Bo pomaganie w tej grupie ludzi nie jest łatwe.
A mimo to nadal pomagam. Bo wierzę w wartość życia. W to, że każdy człowiek zasługuje na szansę, nawet jeśli sam w nią nie wierzy.
Pomaganie nauczyło mnie rzeczy, których nie da się znaleźć w żadnym poradniku. Najpierw tego, że pomoc nie polega na tym, by znosić wszystko i spełniać każdy kaprys tylko dlatego, że ktoś wzbudza litość albo próbuje mną manipulować. Pomaganie polega na tworzeniu warunków, w których zmiana staje się możliwa. A to wymaga granic. Konsekwencji i szacunku po obu stronach. Wymaga działania przewidywalnego, systemowego, opartego na zasadach, które chronią mnie jako człowieka, nas jako zespół i tych, którym pomagamy.
Pomaganie to także umiejętność wycofania się. Nie od razu, nie w gniewie, ale wtedy, gdy rozpoznajemy kłamstwo, manipulację, roszczeniowość. Wtedy zmieniamy sposób pomagania, próbujemy inaczej. A jeśli to nie działa, musimy odejść, żeby nie zniszczyć siebie i sensu tego, co robimy. Bo inaczej pomoc przestaje być gestem dobrej woli, a staje się wymuszonym obowiązkiem. A człowiek, który ją otrzymuje, zaczyna wierzyć, że wszystko mu się należy. Że nie musi nic od siebie dać. Że może krzyczeć, obrażać, żądać.
Wycofanie się boli, jest porażką. Ale pomaganie uczy, że porażka też jest częścią drogi, uczy akceptowania bólu i porażki. A czasem trzeba pozwolić komuś odejść, żeby mógł kiedyś wrócić i ochronić siebie.
Nauczyłem się też nie oczekiwać wdzięczności. Bo oczekiwanie wdzięczności to równia pochyła, którą można zjechać na samo dno rozpaczy. Ludzie nie są psiakami, które merdają ogonem za miskę strawy. Czasem reagują złością, czasem obojętnością, czasem bólem, który wybucha w najmniej oczekiwanym momencie. Osoby w kryzysach noszą w sobie emocje, których nie potrafią nazwać, a co dopiero okazać. Jeśli ktoś chce wdzięczności, niech pomaga zwierzętom. W pomaganiu ludziom trzeba mieć siłę. Kręgosłup, który trzyma pion, nawet gdy wszystko gnie cię do ziemi. Własny system wartości, który daje impuls do działania, gdy sprzężenie zwrotne zawodzi lub nie istnieje.
Odpowiedzialne pomaganie nie może być chwilowe. Nie może zależeć od tego, czy mi się chce, czy mam czas, czy akurat grill u znajomych wydaje się ważniejszy. Z tyłu głowy zawsze mam to, że podjąłem zobowiązanie. I to wystarcza, żeby być tam, gdzie trzeba. Konsekwencja i proste zasady budują zaufanie. Pokazują, że może nie spełnię wszystkich oczekiwań, ale zrobię to, do czego się zobowiązałem. I że można na mnie polegać.
Jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie napisałem. Ale wiem jedno: w świecie, w którym gonimy za rachunkami, wygodą, celami firm i korporacji, warto zrobić coś dla wspólnego dobra. Bez myślenia o pieniądzach. To daje poczucie sensu. Sprawczości. Odpoczynku od samego siebie. Podnosi samoocenę i przypomina, po co właściwie żyjemy.
Jeśli dotarłeś lub dotarłaś do końca tego tekstu, zadaj sobie dwa pytania. Czy pomaganie nauczy mnie tego, co naprawdę jest potrzebne w moim życiu? Czy ja się do tego nadaję?
Jacek