Gotujemy razem z US Marines
Pod koniec stycznia wpadł do naszej skrzynki e-mail, który mnie zaskoczył. Napisał do nas Jorge. Żołnierz z amerykańskiej jednostki U.S. Army Garrison Poland stacjonującej w Poznaniu z pytaniem czy mogliby dołączyć do naszego sobotniego gotowania i zaangażować się w wolontariat. Przyznam – zaskoczyło mnie to. Ale przecież „Zupa” jest właśnie po to, by każdy mógł przyjść i zrobić coś dobrego. Dlaczego więc nie?
Po kilku wiadomościach ustaliliśmy termin: 21 lutego. Tydzień przed gotowaniem dostaliśmy informację, że zgłosiło się 10 osób. Dwa dni później – już 16. Ostatecznie przyszło… 21 wolontariuszy! Razem z naszą piątką i Przemkiem stworzyliśmy ekipę, która mogłaby wykonać pracę w dwóch kuchniach polowych gotując dla batalionu. A mimo to – jak zawsze – nie było czasu na nudę.
Uwielbiam takie spotkania. Chwile, w których możemy pokazać obcokrajowcom tę piękną, inną stronę Polski: współczującą, pracującą dla innych, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Bo wolontariusze „Zupy” to naprawdę Najlepsi z Najlepszych. I wiem, co mówię. Sobotnie gotowanie to tylko wierzchołek góry lodowej tego, co robią.
Wiola, która zwykle dowodzi w kuchni, tym razem spojrzała na mnie z rozbawieniem i stwierdziła, że ona nie będzie dowodzić oddziałem 16 Marines: „Ty miałeś coś wspólnego z wojskiem, to twoje” – rzuciła. No więc w ten sposób zostało „moje”.
W planach była grochówka, więc już w piątek wieczorem stałem nad garnkiem, pilnując, aby groch się nie przypalił. Niby prosta rzecz, ale wystarczy chwila nieuwagi i po zupie. Ugotowany groch podzieliłem na dwie porcje – do każdego z naszych 2 wielkich garnków po jednej.
W sobotę przyszedłem wcześniej, aby przygotować miejsce. Woda już grzała się na gazie, kiedy przyjechały dwa busy z jednostki. Weszli trochę niepewnie – obce miejsce, obcy ludzie, bariera językowa. Zawsze tak jest, zanim zacznie się praca. Ale wystarczy kilka przydzielonych zadań, wspólne obieranie warzyw, pierwsze żarty… i atmosfera mięknie jak masło na patelni.
Ela, jakby robiła to od zawsze, udzieliła instruktażu po angielsku.
Na stole wylądowały warzywa, noże poszły w ruch, a ja uśmiechałem się pod nosem, widząc, jak wszyscy płaczą przy cebuli. Takie rzeczy tylko u nas! Pracy było mnóstwo: krojenie, mycie, pakowanie ciast, przygotowywanie kawy i herbaty, mycie naczyń. Ela ogarniała to wszystko z anielską cierpliwością, wojskową precyzją i – oczywiście – wszystko w języku angielskim.
Grochówka powstawała krok po kroku: najpierw „zupa” z przypraw, potem marchewka, ziemniaki, podsmażona cebula z kiełbasą, a na końcu groch i przyprawy. W międzyczasie nasi goście dowiedzieli się, że to tradycyjna zupa polskiej armii (pamiętam, że mieliśmy ją na każdych ćwiczeniach – serwowana z wojskowej kuchni opalanej drewnem smakuje fantastycznie). Mimo iż nie mamy takiej kuchni i naszą grochówkę gotowaliśmy na kuchni gazowej, to też smakowała wyśmienicie i niejedna osoba sięgnęła po dokładkę w czasie tradycyjnego wspólnego posiłku.
O 17:20 byliśmy na PST „Dworzec Zachodni”. Jak co sobotę czekała tam na nas spora grupa potrzebujących. Rozstawiliśmy stoły, zaczęliśmy wydawanie kanapek, ciast i oczywiście grochówki. Jej aromat niósł się daleko, przyciągając kolejne osoby. Dzięki licznej ekipie wszystko szło sprawnie. Zupa zbierała pochwały, a nasi amerykańscy wolontariusze nauczyli się kilku polskich słów: proszę, dziękuję, łyżka, zupa. Ze słowem „grochówka” walczyli dzielnie – nauczymy ich następnym razem.
Po wykonanym zadaniu rozstaliśmy się z uśmiechami na twarzach. Było ciepło – nie tylko od zupy, ale od ludzi. A ci, którzy zjedli grochówkę, mieli dodatkowy powód do zadowolenia. Myślę, że nasi wojskowi wolontariusze wrócili do jednostki z poczuciem, że zrobili coś ważnego, coś dla innych, dla wspólnego dobra. Być może była to też dla nich okazja oderwania się od obowiązków i od myśli od tego, co w domu – to na pewno niełatwa służba tak daleko od rodziny, przyjaciół i miejsca, które znają najlepiej.
Chwilę czekaliśmy jeszcze na Martę, która jak zawsze niestrudzenie udzielała pomocy medycznej (również ona miała w tym tygodniu pomoc zza granicy), oraz na Wiolę i Asię, które prowadziły zapisy na ubrania, koce, buty i inne potrzebne rzeczy, które we wtorek co drugi tydzień dostarcza „Zupa” potrzebującym w to same miejsce.
Po spotkaniu jak zwykle jest nieco sprzątania. Zostają do umycia garnki, termosy, chochle i inne naczynia. Zwykle kończymy sprzątanie przed dziewiątą, chociaż zdarzało się, że później. I tak skończyła się nasze spotkanie numer 439, a to daje już prawie 8,5 roku.
Jacek












