Zupowe dylematy

Przy przygotowywaniu oraz wydawaniu 242. zupy pomagali nam wolontariusze z Wavin. Dotarła do nas bardzo sprawna ekipa, dzięki której szybko udało się nam ugotować pyszną gulaszową oraz przygotować kanapki. Kasia, która wraz z córką Olą przyjeżdżają, aby posprzątać po naszych kuchennych wyczynach „narzekała”, że nie bardzo mają co robić. Co mogę powiedzieć? Takich WOLONTARIUSZY zapraszamy jak najczęściej!

Na PST „Dworzec Zachodni” dotarliśmy o czasie. Chętnych na posiłek było nieco więcej niż zwykle. Pomimo meczu Lecha o mistrzostwo Polski i od czasu do czasu słyszanych okrzyków jego kibiców, którym czy to obowiązki, czy też inne powody nie pozwoliły dotrzeć na stadion, spotkanie przebiegło bez większych zakłóceń. Ot, jak zwykle. W zasadzie to nawet nie byłoby o czym pisać, gdyby nie studentki medycyny, które przyszły do nas na PST pomagać przy udzielaniu podstawowej pomocy medycznej.

Zimą osoby przebywające w pustostanach czy innych miejscach tego typu często mają problem z odmrożeniem. Później powstałe rany jątrzą się, a kłopoty z nimi związane ciągną się przez resztę roku tym bardziej, że te osoby mają utrudniony dostęp do opieki medycznej. Z kolei, gdy zrobi się ciepło, to pojawiają się zakażenia skaleczeń czy oparzeń i zakażenie paciorkowcem, a więc choroba zwana różą i jej różne postacie. Na naszych sobotnich spotkaniach szukają pomocy osoby bezdomne, do których z różnych powodów nie dociera tłumaczenie, że ze swoim schorzeniem muszą udać się do lekarza. I niekiedy nie chodzi tu o brak ubezpieczenia czy zwykły, ludzki wstyd powodowany własnym wyglądem, ale również o chorobę psychiczną. Tłumaczymy im, że na ich schorzenie nie ma cudownej maści czy innego panaceum, po którym za tydzień będą czuli się dobrze. Namawiamy ich, aby udali się do szpitala czy na SOR, ale to przeważnie na tym się kończy. Bo nawet, jeśli ofiarujemy się, że zawieziemy czy pomożemy w inny sposób, to później przeważnie na umówione spotkanie przychodzi Nikt, albo w takim stanie, który tłumaczą „piję, bo bardzo boli”. Ogólny stan plus szczególny, wywołany cytowanym stwierdzeniem są przyczyną, dla której personel medyczny nie traktuje takich pacjentów poważnie. Albo pacjent po prostu nie rozumie, że jego sytuacja jest naprawdę poważna i po opatrunku oraz chwilowej uldze, po prostu wraca na ulicę, a tam znowuż trafia do nas. A nam z bezsilności opadają ręce (i nogi też).

Dlaczego o tym piszę? W tym tygodniu dziewczyny z Akademii Medycznej miały naprawdę chrzest bojowy. Trafiło do nich kilku takich pacjentów, którzy wierzyli w magiczną zmianę opatrunku. Widok ich ran spowodowany głównie przez niehigieniczny tryb życia, u mniej odpornych mógł spowodować zasłabnięcie, ale dziewczyny dzielnie dawały radę, aż pojawił się bardzo spóźniony pan B.

Od wielu miesięcy namawiamy pana B., żeby udał się do szpitala. W lutym otrzymał od naszego „medycznego anioła” Marty skierowanie na tzw. cito. Z tym skierowaniem B. miał udać się na SOR, ale rzekomo go nie przyjęto. Z drugiej strony, mając na uwadze dotychczasowe doświadczenia z panem B. trudno powiedzieć, czy w ogóle tam był. Zostawmy to jednak. Noga B. to od kolana w dół jedna wielka rana. Aby zdjąć założony na nią bandaż trzeba było użyć pół wiaderka wody. Co możemy zrobić w takich warunkach? Zdezynfekować ranę i założyć nowy opatrunek, który przyschnie tak, jak poprzedni i sprawi taki sam kłopot. Ale to nie jest leczenie i tego panu B. jakoś nie można wytłumaczyć. Pomijam to, że pan B. wraz z kolegą czekali na zasiłek, który mieli przeznaczyć na podróż na szpitala prowadzonego przez zakonników i tam w cudowny sposób noga miała być przywrócona do sprawności. Zasiłek przyszedł, ale pieniądze się rozeszły, a podróż nie doszła do skutku. Zrobiłem o to awanturę obu panom, ale to jak rzucanie grochem o ścianę.

Dziewczyny zrobiły tyle, ile się dało. Ogromnie było mi ich żal, bo to jeszcze bardzo młodziutkie, niezaprawione doświadczeniem życiowym studentki, a rana była taka, że w okolicy pana B. zrobiło się pusto. Niemniej, dziewczyny stanęły na wysokości zadania. Jesteście wielkie! Pan B. odszedł nie do końca zadowolony, ale przynajmniej na chwilę odczuł ulgę.

Po  tej sytuacji w mojej głowie pojawiły się dwie myśli. Pierwsza taka, że przydałaby się taka przychodnia, do której nie byłoby wstyd przychodzić po pomoc. Przychodnia funkcjonująca na troszkę innych warunkach, niż pozostałe, w której można by było się wykąpać, a innym nie przeszkadzałby zapach niemytego ciała i która specjalizowałaby się w schorzeniach popularnych wśród ludzi żyjących na ulicy. Od dłuższego czasu marzy nam się takie miejsce, więc może kiedyś uda się je zorganizować? Może we współpracy z Akademią Medyczną, której studenci pomagają i odwiedzają nas już teraz regularnie? Druga myśl była taka, że przecież pan B. to człowiek, któremu koniecznie trzeba jakoś pomóc.

W niedzielę noga pana B. dosłownie śniła mi się w nocy. W poniedziałek załatwiliśmy znowuż skierowanie. Telefonu pan B. nie ma, więc nasi streetworkerzy szukali pana B. w zwyczajowych miejscach, w których przebywa. W poniedziałek nie udało się go znaleźć, może uda się dziś lub sam dotrze na Przemysłową, bo w każdy wtorek nasza siedziba jest otwarta dla osób szukających pomocy. Będziemy szukali do skutku. Mamy zamiar przekonać go lub „siłą” zawieźć na SOR i tym razem przypilnować, aby nie uciekł na ulicę, zanim rana nie zostanie wyleczona. Jednak trudno powiedzieć, czy to się uda...

Przez większość czasu działalność w „Zupie” jest bardzo budująca. Bo przecież pomaganie innym jest budujące i zgodne z takim naszym wewnętrznym, naturalnym nakazem gatunkowym. Zdarzają się jednak sytuacje, takie jak z panem B., gdy po prostu mimo najlepszych chęci brakuje sił i środków, a wtedy jest trudno zasnąć.

Jacek