Pyrkot!
455. Zupa. Tylko kilka razy w roku robimy coś naprawdę szalonego jak na nasze kuchenne możliwości - zamiast zupy pojawia się drugie danie. To oznacza logistykę, dodatkowe ręce do pracy i przygotowania rozłożone na dwa dni. Ostatnia sobota była właśnie takim dniem.
W mieście trwał Pyrkon, a my mieliśmy nasz własny „Pyrkot”: PYRy i KOTlet . 70 kilogramów ziemniaków, 200 kotletów, które trzeba było rozbić, opanierować i usmażyć. Do tego surówka z młodej kapusty, koperku i marchewki, starannie przygotowana przez naszych wolontariuszy. Chcieliśmy, żeby jedzenia na pewno nie zabrakło. I żeby były dokładki. I były!
Oprócz kawy i herbaty była też lemoniada - idealna na upał. Były kanapki i ciasto od Was. Jest takie przysłowie: „przez żołądek do serca”. Może i tak, ale nam chodziło o coś więcej. W dniu, w którym całe miasto celebruje radość, chcieliśmy, by nasi podopieczni poczuli się wyjątkowo, godnie i z szacunkiem do ich historii.
Pracujemy na relacjach, a relacje zaczynają się czasem od prostego „smacznego”. Od odwagi, by poprosić o dokładkę. Od krótkiego „dziękuję”. To pierwszy krok. Mury sytuacji życiowej zaczynają pękać, a każdy potrzebuje swojego czasu, by wejść dalej.
To przedsięwzięcie było możliwe dzięki wielu cudownym ludziom: wolontariuszom, którzy z entuzjazmem podeszli do wyzwania; Jagodzie z Umberto Cafe & Ristorante, która bez wahania stwierdziła, że dadzą radę w piątek poporcjować i rozbić kotlety; Whiskey in the Jar Stary Browar Poznań, który jak co tydzień dostarczył nam pieczone mięso na kanapki i mięso na zupę (tym razem na kotlety); oraz Franklin Templeton, który wsparł nas finansowo, dzięki czemu mogliśmy dokupić brakujące produkty. Praca ich wolontariuszy w piękną, słoneczną sobotę była cudownym dodatkiem.
To był dzień pełen pracy, ale też pełen sensu. Dzień, w którym jedzenie stało się pretekstem do spotkania człowieka z człowiekiem. Każdy świętował na swój sposób. My właśnie tak.
Jestem pełna wdzięczności, że było to możliwe. Dziękuję.
Wiola














