Samotny mężczyzna z ławki
W sobotę, po tym jak skończyliśmy wydawać jedzenie i peron już opustoszał, zobaczyłam mężczyznę, który siedział samotnie na ławce. Znałam go z widzenia. Przychodzi do nas od jakiegoś czasu, ale jeszcze nie było okazji, żeby porozmawiać. Zapytałam więc co słychać, jak się czuje? W odpowiedzi usłyszałam, że nie bardzo, bo ma problem z nogami. Bolą, ropieją, nie może chodzić, był na SOR, ale to leczenie ambulatoryjne, a nie szpitalne. Pokazał wypis. Była recepta i leki. Zdziwił się, bo myślał, że to po prostu wypis. Wytłumaczyłam, że te 4 cyferki to recepta, którą się realizuje podając ten kod i pesel. Był na niej antybiotyk, ale niestety recepta już była nieważna.
Brał od nas jedzenie i siedział zawsze na zewnątrz. Z nikim nie utrzymuje kontaktów więc nawet nie wiedział, że mamy podczas wydawania posiłku pomoc medyczną. Ubrania miał przyzwoite, ale już przybrudzone. Kąpał się się jakiś czas temu, a my znamy zbyt wiele osób takich, które od niewielkich ran na nogach kończyły na wózkach po amputacjach.
Umówiłam się z Panem Sławkiem, żeby przyszedł do nas we wtorek do siedziby. Przyszedł. Wykąpał się, dostał wszystkie czyste ubrania. Usłyszałam „ jak mi teraz dobrze”. Kąpiel i czyste ubrania spowodowały to „dobrze”. Pomyślałam jak „dobrze”, że mamy tą interwencyjną łazienkę i ubrania od dobrych ludzi. Jak „dobrze”, że nadal jesteśmy w stanie to wszystko utrzymać, dzięki temu, że mamy osoby, które wierzą w sens naszego działania i dzielą się z nami swoimi pieniędzmi. Taka refleksja i wdzięczność przychodzi do mnie zawsze jak jesteśmy w stanie kompleksowo pomóc na miarę gotowości człowieka w danym momencie.
Zadzwoniłam do naszej lekarki Marty czy może przyjść i obejrzeć rany. Odpowiedziała, że będzie po 15. Był czas na rozmowy o tym co w życiu się podziało. Takie kameralne ze mną oraz ze specjalistami – pracownikiem socjalnym i lekarzem psychiatrą.
Pan Sławek jest z Poznania, jest w Poznaniu od jesieni. Przyleciał z Holandii i tutaj został. Po rozwodzie. Ma córkę, która ma już własną rodzinę i dzieci. Nie chce „mieszać” jej w życiu i nie poprosi jej o pomoc. Jest sam i tylko od niego zależy czy będzie chciał godnie przeżyć resztę życia. Droga otwarta, jesteśmy gotowi wesprzeć, ale decyzja o początku procesu jest po jego stronie.
Do miejsca ostatniego zameldowania nie chce wracać, a tylko to gwarantowałoby pobyt w jakiejś placówce.
Przyszła nasza lekarka Marta. Założyła opatrunki, umówiła się na kolejne spotkanie z Panem. Powiedział, że będzie. Wychodząc od nas parę razy się obejrzał jakby chciał sprawdzić czy to wszystko się naprawdę wydarzyło.
Jestem dumna i wdzięczna za zupowy zespół. Najlepsi i najbardziej empatyczni ludzie. Współpraca z Wami to dobro w najczystszej postaci.
Dziękuję!
Wiola
