9 lat Zupy. 9 lat drogi - siedziba

Gdy dziś patrzymy na miejsce, które od lat tętni życiem, pomaga, integruje i daje schronienie dobrym pomysłom, trudno uwierzyć, jak niepozornie wszystko się zaczęło. Historia Zupy na Głównym to nie tylko historia wydawanych posiłków. To także opowieść o budowaniu przestrzeni, która miała stać się naszym domem działania. Miejsca stworzonego niemal od zera, dzięki uporowi, wierze i ogromnej życzliwości wielu ludzi.

Już w grudniu 2017 roku zaczęliśmy rozglądać się za lokalem, który mógłby zastąpić nasz salon i kuchnię. Coraz bardziej czuliśmy, że musimy oddzielić działalność społeczną od życia rodzinnego. Prawdę mówiąc, do dziś nie udało nam się tego całkowicie osiągnąć, ale jedno możemy powiedzieć na pewno – gotowanie udało się wyprowadzić z domu. I był to krok, który zmienił wszystko.

Szukaliśmy miejsca z dobrym dostępem do komunikacji miejskiej, życzliwym sąsiedztwem i odpowiednią liczbą pomieszczeń. Potrzebowaliśmy przestrzeni, która pozwoliłaby spełnić wszystkie wymagania związane z przygotowywaniem posiłków dla większej liczby osób. Gdy składaliśmy wniosek, wydawało się to planem wręcz szalonym. Mimo to postanowiliśmy spróbować.

Po wielu staraniach otrzymaliśmy wiadomość, która na długo pozostanie w naszej pamięci. Mogliśmy wynająć 166-metrowy lokal znajdujący się w baraku na podwórzu jednej z kamienic na poznańskiej Wildzie i dostosować go do potrzeb stowarzyszenia. Dla wielu osób był to po prostu zaniedbany budynek. Dla nas była to szansa.

Klucze do lokalu odebraliśmy 23 sierpnia 2018 roku.

I wtedy rozpoczęła się prawdziwa przygoda.

Nie mieliśmy pieniędzy na kaucję. Nie mieliśmy środków na remont. Nie mieliśmy wyposażenia ani sponsorów gotowych sfinansować całość prac. Patrząc obiektywnie, nie mieliśmy prawie nic. Poza jednym: mieliśmy plan i ogromną wiarę, że jakoś uda się doprowadzić wszystko do końca.

Początki były trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Wielu wolontariuszy zakończyło swoją przygodę już na etapie pierwszego skrobania ścian. Nagle pojawiały się inne obowiązki, nowe plany i brak czasu. Do pracy przychodziły dwie lub trzy osoby. Zdarzały się dni, kiedy nie pojawiał się nikt.

Każdego ranka wychodziłam z domu z przekonaniem, że trzeba zrobić kolejny krok do przodu. Każdego wieczoru wracałam zmęczona, ubrudzona i często zwyczajnie bez sił. Bywały chwile frustracji, bezsilności i łez. Towarzyszyło mi również poczucie winy, że w tym czasie mój mąż zostaje w domu z naszym zależnym synem, podczas gdy ja poświęcam kolejne godziny na realizację misji, której nie każdy wokół nas potrafił zrozumieć.

Pierwszą realną pomoc otrzymaliśmy od radnych z https://www.facebook.com/radaosiedlawildaRady Osiedla Wilda. To dzięki środkom przekazanym z ich diet udało się opłacić kaucję za lokal. Dla nas był to nie tylko finansowy zastrzyk wsparcia, ale również sygnał, że ktoś wierzy w sens tego, co próbujemy stworzyć.

Niedługo później pojawił się Waldek, którego większość znała pod pseudonimem „Sandał”. Przydomek przylgnął do niego po tym, jak po deportacji z Anglii wrócił zimą do Polski... w sandałach. Od początku korzystał z naszych posiłków, ale nie znaliśmy go jeszcze na tyle dobrze, by bez obaw powierzyć mu tak odpowiedzialne zadanie jak remont lokalu.

Kiedy zaproponował, że zajmie się pracami budowlanymi, podeszliśmy do tego z dużą ostrożnością. Dziś wiemy, że słowo „remont” zupełnie nie oddaje tego, co wydarzyło się później. To była właściwie budowa od podstaw.

Nie mieliśmy jednak alternatywy. Zaufaliśmy mu.

Przez cztery miesiące pracował niemal codziennie. Od rana do wieczora. Dostawał posiłki i niewielkie pieniądze z naszych prywatnych środków, ale przede wszystkim wkładał w to miejsce własny czas, doświadczenie i ogrom pracy. Efekty jego zaangażowania pozostają z nami do dziś.

Od czasu do czasu dołączali do niego wolontariusze, a także osoby znajdujące się w kryzysie bezdomności. Waldek pilnował tej przestrzeni jak własnego domu. Był człowiekiem z trudną historią, ale też człowiekiem o wielkim sercu.

A potem odszedł równie niespodziewanie, jak się pojawił.

Kiedy wiele lat później spotkałam go przypadkiem i zapytałam, dlaczego zniknął, odpowiedział krótko:

„Zrobiłem wszystko, co było do zrobienia. Tak trzeba.”

To jedno zdanie zostało ze mną na długo.

W czasie remontu wydarzyło się mnóstwo małych cudów. Jedna firma przekazała wykładziny. Ktoś podarował 300 kilogramów wylewki. Pewna Polka mieszkająca w Anglii poprosiła swoją mamę o zakup armatury do kuchni. Ktoś przywiózł lustra i własnoręcznie je zamontował. Inna firma przekazała płytki. Kolejna osoba oddała niewykorzystane materiały po własnym remoncie.

Z perspektywy czasu trudno pamiętać wszystkie nazwiska, daty i szczegóły. Pamięta się za to emocje. Wdzięczność. Wzruszenie. Poczucie, że wokół nas znaleźli się ludzie, którzy bezinteresownie postanowili pomóc.

Dziś, gdy myślę o tamtym czasie, nie widzę pustych pomieszczeń ani ciągnącego się miesiącami remontu. Nie widzę problemów finansowych ani nieprzespanych nocy.

Widzę cud.

Widzę setki drobnych gestów, które połączyły się w coś znacznie większego. Widzę miejsce, które od lat służy ludziom znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej. Miejsce, w którym spotykają się wolontariusze, powstają nowe pomysły, rodzą się przyjaźnie i każdego dnia dzieje się dobro.

Bo czasami największe rzeczy buduje się nie z pieniędzy.

Buduje się je z zaufania, wytrwałości, wzajemnej życzliwości i serc otwartych na pomaganie.

Od trzech lat nasza siedziba funkcjonuje jako bezczynszowy lokal przeznaczony dla organizacji pozarządowych. To ogromne wsparcie, ale nadal ponosimy koszty związane z jego utrzymaniem.

Po naszej stronie pozostaje między innymi podatek od nieruchomości, który wynosi blisko 2 000 zł rocznie. Również w tym zakresie możemy liczyć na niezwykłe wsparcie radnych Wildy, którzy przekazują część swoich diet na pokrycie tego zobowiązania.

Całkowity koszt utrzymania naszego miejsca wynosi około 27 600 zł rocznie. To wydatki związane z ogrzewaniem, energią elektryczną, wodą, ściekami i odbiorem odpadów komunalnych.

Każdego miesiąca musimy znaleźć około 2 300 zł, aby móc spokojnie opłacić wszystkie rachunki i dalej działać. Dzięki wsparciu wielu osób od lat udaje nam się robić to na bieżąco.

Dlatego dzisiaj chcemy przede wszystkim podziękować.

Dziękujemy wszystkim, którzy współtworzą to miejsce razem z nami. Tym, którzy pomagali dziewięć lat temu i tym, którzy dołączyli wczoraj. Tym, którzy przekazali pieniądze, materiały, sprzęt lub swój czas. Tym, którzy uwierzyli, że warto.

Dla jednych 2 300 zł miesięcznie to tylko liczba.

Dla nas to możliwość dalszego działania każdego dnia. To światło w oknach naszej siedziby. To miejsce spotkań, rozmów i pomocy. To kolejne rozdziały historii, którą wspólnie piszemy już od dziewięciu lat.

Z ogromną wdzięcznością,
Wiola